Witam serdecznie płetwologów i płetwolożki,
Piszę w depresji i proszę o radę, może są tu jacyś wirtualni lekarze,
niechby
chociaż znachorzy nurkowi (albo tacy, którzy znają kogoś, do kogo można
by się
bezpośrednio zwrócić). W sierpniu ubiegłego roku, po kilku miesiącach
rozgorączkowanego oczekiwania (i ogromnego "podekscytu", jak mawia
moja
dziewczyna), wylądowaliśmy w Hurghadzie, z niezłomnym głównym
postanowieniem:
od teraz będziemy nurkami! Reszta, piramidy, cuda architektury,
cywilizacyjnego
windowania się człowieka do obecnego poziomu (barbarzyńcy) miały być
tylko
dodatkiem i przygrywką. Nic nie zapowiadało porażki (ale przecież nigdy
nie
zapowiada). No i teraz ta dramatyczna dla mnie część historii: pierwsze
zejście
pod wodę, ogromny ból w uszach już na głębokości 1 m, rozpaczliwe próby
wyrównania ciśnienia przez zatkany nos, ból, jednak determinacja (przecież
muszę!), w końcu schodzimy, ból jakby mniejszy. 40 min na głębokości 10
m, 40
min, które zaważyły o tym, że zapomnieć o tym nie mogę i że teraz do
Was się
zwracam. Jak mogły wyglądać te minuty, wiecie najlepiej, nie będę o nich
pisał.
Po wyjściu na powierzchnię poczułem, jakby korkiem zatkano mi prawe ucho,
głucho; mój instruktor twierdził, że takie rzeczy przy pierwszym razie
się
zdarzają. Owszem, ale nie powinny się zdarzać czerwone z tego ucha wycieki,
i
tu jego mina zrzedła i to wyraźnie. Po dokładnym obejrzeniu błony
bębenkowej
Wojtek oznajmił, że jest ona wyraźnie naruszona, fioletowo-czarna i że o
dalszym tego lata nurkowaniu, w moim przypadku, mowy być nie może. Anię
przekonałem, by zrobiła choć Scubę, wypadła świetnie (Aniu, wiesz, że
jestem z
Ciebie dumny!). Wojtek skłaniał się do diagnozy, że opłakany stan mojego
ucha
bierze się z nadmiernej chęci wyrównania (na siłę), może z
nieumiejętności i że
nie mam się czym przejmować - za rok będzie lepiej. Zaordynował aspirynę
i
poradził jednak po powrocie do kraju skonsultować rzecz z laryngologiem. Tak
też zrobiłem. Okazało się, że leczenie doraźne (antybiotyk, jakiś
aerozol do
nosa) nie załatwi sprawy, że problem jest poważniejszy: skrzywiona prawa
przegroda nosowa, ergo: zmniejszona drożność kanału. Wczoraj odwiedziłem
laryngologa po raz drugi. Kilka dni temu na basenie 4 m ponowiłem próby
wyrównywania, szło to równie topornie, z początku dramatycznie niedobrze,
potem
nieco lepiej. Niepokój wszak pozostał. Po paru dniach od tych prób
odczułem
lekki dyskomfort w feralnym uchu, nawet nie ból, po prostu inaczej je czułem
niż lewe. Postanowiłem udać się do laryngologa, tak na wszelki wypadek.
Aha,
jeszcze jedno. Wcześniej, na początku grudnia przeszedłem dość ostrą
infekcję.
Dwie kuracje antybiotykowe nie pomogły, mam podwyższone gorączkę (stan
podgorączkowy od miesiąca, ok. 37 stopni), ciśnienie (140/80 mm Hg; ostatni
pomiar, w sobotę: 137/76 mm Hg, tętno: 58/min; nie za niskie, skoro nie
uprawiam obecnie żadnego sportu?) - internistka stwierdziła początek
nadciśnienia :( (w tym roku skończę 28 lat!, zawsze uważałem się za
wzór
zdrowia, do cholery!), biorę na nie od miesiąca leki (raczej nie skutkują),
były wątpliwości co do wyniku EKG, ale po osłuchaniu przez drugą
internistkę o
nich zapomniano (niby problemu nie usłyszano), zrobiłem badanie moczu, krwi
(również na ewentualność nadczynności tarczycy) - nic nie wykazały (mój
lekarz
twierdzi, że jeśli dalej będę zgłaszał jakiś problem, położy mnie do
szpitala,
na kompleksowe badania). I teraz to, co powiedział mi wczoraj laryngolog:
gorączka może być wynikiem tlącej się od miesiąca infekcji (istnieje
możliwość,
że antybiotyki nie trafiły w patogen) - by się upewnić, należałoby
wykonać
wymaz z jamy ustnej - ale może też być związana z problemem sercowym,
podobnie
jak nadciśnienie, co należałoby wyeliminować, chcąc dociec przyczyny
mojego
kiepskiego samopoczucia. W Internecie piszą, że niewielką gorączką może
się też
objawiać chroniczne zmęczenie, w co nawet skłonny byłbym uwierzyć
(
http://hermes.umcs.lublin.pl/users/anna/chronicz.htm): pracuję 130 km od
miejsca zamieszkania, codziennie dojeżdżając (spod Łodzi do Warszawy), a
to na
pewno nie sprzyja zdrowiu. A teraz wreszcie moje pytanie: laryngolog
zasugerował, jeśli rzeczywiście marzę o nurkowaniu, poprawić operacyjnie
przegrodę nosową, wpierw się szczepiąc na żółtaczkę i takie tam.
Ponieważ
jednak nie zna się on na medycynie sportowej, nie gwarantuje, że z
nadciśnieniem (albo sercem sypiącym się, czego też nie wykluczam, choć
dolegliwości z jego strony żadnych nie odczuwam) można w ogóle nurkować i
że
być może prostowanie przegrody nic nie da, bo i tak będę wykluczony. Czy
ktoś
może mi doradzić? Albo odesłać do kogoś, kto ma odpowiednie kompetencje?
(gadanie, odpłatne oczywiście, z laryngologiem, który nurkiem nie jest,
średnio
mnie zadowala) Jakie mam gwarancje, że decydując się kiedyś tam na zabieg
operacyjny, wyeliminuję problem, że nie pojawią się inne i że
rzeczywiście
udrożnię kanał i bez problemu będę mógł zrealizować swoje (nasze, z
moją
dziewczyną) marzenie? (A o tym, jak wielkie to może być marzenie, nie
muszę Was
przekonywać.) Czy z nadciśnieniem można schodzić pod wodę? Wybaczcie, że
tak
się szczegółowo, ekshibicjonistycznie rozwodzę, ale chciałem całościowo
przedstawić problem. Jestem zmęczony: pracą, ciągłymi badaniami,
niepewnością.
Wciąż kołacze mi się myśl: stary, przestań marzyć, czas sobie wybić z
głowy
szalone pasje. Rzeczywiście może czas...
--
Wysłano z serwisu OnetNiusy:
http://niusy.onet.pl